Wstecz

2019.05.15 Wspomnienia z rajdu na weekend Majowy 2019

Za namową Agi i Kamila udostępniam Wam moi Drodzy swoje wspomnienia z rajdu, które spisałam w większości w drodze powrotnej do domu i odrobinę uzupełniłam w zeszłym tygodniu póki obrazy były jeszcze świeże w głowie ????

...............................................................................

Brakuje mi słów i kwiecistego języka żeby móc opisać wszystko to, co przeżyłam i doświadczyłam podczas tych paru dni rajdu konnego w Bieszczadach. Większość z tego zostanie tylko w mojej głowie bo nie wszystko da się nagrać czy sfotografować tym bardziej w różnych ekstremalnych sytuacjach czy chwilach kompletnego zaskoczenia, szczególnie dla nas-amatorów przecież jeszcze jeździectwa. Poza tym człowiek chce to chłonąć całym sobą i kompletnie umyka mu myśl rejestracji tego wszystkiego na swoich urządzeniach.

Na pewno nie brakowało miliona emocji, adrenaliny, ekscytacji niewiadomą, wielu doświadczeń w ciągu całego dnia i nocy, przygód i nieprzewidywalnych sytuacji w terenie i miejscach w których byliśmy i spaliśmy.

Dla nas, debiutujących uczestników rajdu, nie dało się też uniknąć nieoczekiwanych zachowań koni i sytuacji z którymi musieli się zetknąć jeźdźcy i jak to wszystko wpływało na resztę stada i innych członków ekipy. Choć bardziej doświadczeni z naszej grupy byli z nas naprawdę dumni i mówili że są pod ogromnym wrażeniem że my jeżdżąc tak stosunkowo krótko dawaliśmy sobie świetnie radę podczas całego tego rajdu.

Indywidualny charakter każdego konia, "biomechanika jego ruchu" która nie jest jeszcze dla nas w pełni znana (a raczej będę szczera - raczkujemy w tym temacie) i próba znalezienia w tym wszystkim harmonii jeźdźca i konia w niełatwych a czasem naprawdę trudnych sytuacjach terenowych przy jednoczesnym kompletnym braku świadomości tego co nas czeka było niezwykłym doświadczeniem (często kamieniste bądź mocno błotniste, śliskie podłoże, wąskie ścieżki pod górę, powalone drzewa, skoki na koniu przez rowy, strome zejścia, trasy przez stare tory na skarpie czy przejścia przez potoki gdzie poziom wody był w niektórych miejscach dość wysoki a zboczenie z drogi mogło grozić zamoczeniem się po pachy). Udało się jednak wszystko ogarnąć całkiem sprawnie i bez żadnego wypadku.

Warunki mieszkaniowe i bytowe tak całkowicie odmienne od naszej codzienności pozwoliły nabrać trochę dystansu a spojrzenie na to wszystko z innej perspektywy bardziej docenić to co się ma. Prosty przykład: pierwszego dnia spaliśmy na podłodze i piliśmy alko z gwinta, drugiego dnia spaliśmy już na łóżku (co prawda z naszymi karimatami i śpiworami bo inaczej chyba bym wolała spać przy koniu na łące) i piliśmy już wszyscy z jednego kubka a nie z gwinta jak wcześniej. Trzeciego dnia udało się już zdobyć kilka kubków do picia i grała muzyka na żywo (coś w stylu Bieszczadzkiego folku / reggae) więc zadowolenie rosło z każdym dniem. Przez ten cały czas mieliśmy jednak obawy co do wydawałoby się naprawdę realnego zagrożenia puszczenia z dymem całego budynku (jak to zostało nazwane: "zespołu administracyjno-hotelowego bez administracji i hotelu") lub co najmniej zaczadzenia pokoi w których spaliśmy. Dobrze że mogliśmy otworzyć okna i mieliśmy co parę godzin wachty nocne przy koniach to człowiek próbował kontrolować całą sytuację.

Ostatniego dnia mieliśmy już piękny, pachnący pokój, czystą łazienkę, wygodne łóżko, pyszne śniadanie i obiad i można było się napić ze szkła !!! Po tym wszystkim poczuliśmy się co najmniej jak w 5* hotelu.

Ciekawą obserwacją było też zetknięcie w jednym miejscu małego kulturalnego światka / kręgu ludzi którzy tworzą małe rękodzieła, poezję, grają muzykę z klimatami jakiejś meliny i wielkiej komuny / towarzystwa pląsających się, wydawałoby się nieustannie trzeźwiejących, skacowanych ludzi z niewyraźnym wzrokiem ale mimo wszystko spokojnie nastawionych, ciekawych i zagadujących (wzbudziliśmy niemałą ciekawość z tymi końmi i ludzie byli żywo zainteresowani rytuałami jakie przy tych koniach mieliśmy). A jakie historie człowiek od nich usłyszał i co zobaczył to naprawdę było niecodzienne dla nas doświadczenie.

Niezwykle miłym akcentem tego wyjazdu był też kontakt z końmi, jakże inny niż dotychczas widzieliśmy i doznaliśmy. Organizator rajdu, właściciel koni wielokrotnie przy różnych sytuacjach podkreślał jak ważne jest dbanie o naszego towarzysza w rajdzie, budowanie relacji czy unikanie zachowań które krzywdzą konia a niestety są bardzo częste nawet u wytrawnych i doświadczonych jeźdźców. Zamiast tradycyjnego ogłowia z wędzidłem miałam po prostu sznurek-rewelacja !!! Niektóre konie miały co prawda tradycyjne ogłowie ale każdy z nas przed rajdem sprawdzał na sobie jak bardzo boli wbijające się w nogę stalowe wędzidło przy nawet niewielkim pociągnięciu wodzami. Ważne były też krótkie lekcje oddychania - koń wyczuwa przyspieszone tętno i stres jeźdźca może mu się udzielić więc praca nad samym sobą szczególnie w nowych i nieoczekiwanych dla nas sytuacjach by zachować wewnętrzny spokój była nieodłącznym elementem rajdu. Mamy nawet taki filmik gdzie stoimy w kręgu przed wyjściem w teren i trzymając się za ręce słuchamy co mówi nasz przewodnik (w tym mi.in o oddychaniu) a jego dorosła już córka (buntownicza, cudowna osoba) w trakcie mówi do niego: "tata, odpuść sobie tę mantrę" a potem na koniec rzuca tekst "no to teraz zapierdalamy" ????. Codzienne rytuały karmienia, pojenia i pielęgnacji koni były naprawdę przyjemnością dla nas a niektórzy nawet w samym procesie nalewania wody do wiader dla koni znajdowali sposób na relaks! Fakt też że większość roku konie te pasą się na łące a nie siedzą w stajniach plus odpowiednia dieta sprawiają że są wyjątkowo czyste i pachną trawą.

Warto było doświadczyć i sprawdzić samego siebie w trakcie tak pełnego wrażeń wyjazdu i pomyśleć o dalszych przygotowaniach jakie trzeba będzie zrobić przed wyjazdem w przyszłości do Gruzji czy Mongolii, choć pewnie i wtedy wiele rzeczy nas kompletnie zaskoczy.

Podsumowując...człowiek na pewno przez ten czas uwolnił się i dał sobie czas i przestrzeń do przemyśleń tym bardziej że w parach / w grupie w terenie się nie jeździ a raczej w zastępie jeden koń za drugim. Trzeba też być prawie przez cały czas skupionym, obserwować teren i starać się przewidywać zachowania konia. Przy takich doświadczeniach i cudownych walorach przyrodniczych można było się odciąć od całego "zgiełku informacyjnego", "smogu komunikatów zaśmiecających umysł", "uwolnić się od wszechwładzy nowych technologii" i doznać "miłego detoksu" (to niestety nie moje słowa ale oddają to co się tam czuło).

Było naprawdę WARTO !!! Cudowne chwile do zapamiętania na całe życie. I znów posłużę się słowami innych mądrzejszych i bardziej "wprawionych w piórze" ode mnie: "Uroda życia polega na spontaniczności i przyjmowaniu tego, co niespodziewane" a "kultywowanie tradycyjnej wspólnotowości polegającej na rzeczywistym kontakcie ludzi doświadczających razem tych samych przeżyć i emocji jest niezwykle ważne dla naszego życia".




Podziel się z nami swoją opinią!

Wstecz