Wstecz

2019.02.04 Krywe - najpiękniejsza dolina Bieszczad.

Pewna bieszczadzka dolina od wczesnej mojej młodości należała do tych miejsc, do kórych udawałem się z największą przyjemnością. Już na samą myśl o zbliżającym się terminie mojej tam wyprawy, przeszywał mnie dreszczyk emocji. Obok najbliższej memu sercu wielkiej doliny rozciągającej się pomiędzy połoninami a pasmem granicznym, obejmującej najwyższe odcinki potoków – Smereka, Górnej Solinki, Wetlinki, Prowczy i Wołosatki, było to dla mnie najpiękniejsze miejsce na świecie. A do tego najbardziej wtedy tajemnicze i odludne. Niewielu zapuszczało się w te urokliwe i dzikie tereny śmiałków. Oczywiście słowo „dzikie” należy rozumieć na miejscową mikroskalę. Bieszczady to jednak nie Alaska, i wyłączając pierwsze dziesięciolecie po wysiedleniu stąd Bojków nie były to tereny niezagospodarowane i całkowicie puste. Wędrując tędy w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych można było usłyszeć czasami odgłosy pracujących gdzieś głęboko w lesie silników pilarek spalinowych, lub spotkać w nieoczekiwanym miejscu pracowników leśnych, wykorzystujących okresowo jakąś bojkowską drożynę do zwózki drewna. Jednak poza tym panował tu błogi spokój, jak gdyby czas zatrzymał się w latach czterdziestych.

Na początku lat 70-tych, gdy rozpoczynałem jako bardzo młody jeszcze chłopiec pierwsze dalekie wędrówki, nie było tam jeszcze żadnych dróg (oprócz starych, przedwojennych jeszcze), szlaków spacerowych, co więcej, nie było nawet jednej ścieżynki którą można by dostać się do całkowicie odciętych od ówczesnego świata (jak mi się wówczas wydawało) wiosek, takich jak Krywe i Tworylne. W Tworylnem nie było jeszcze wtedy nawet dużego stada żubrów. Były natomiast piękne jelenie karpackie, wilki, niedźwiedzie i rysie, których tropy i ślady żerowania widywałem wielokrotnie. Były też oczywiście węże Eskulapa wzbudzające u mnie wielki respekt. Nie dlatego żeby były dla mnie niebezpieczne. Od wczesnych lat dzieciństwa żyłem wśród rozmaitych gadów, w większości były to żmije, które w dużych ilościach spotykałem na łąkach w pobliżu naszego domu. Nauczyłem się darzyć te gady wielkim respektem, gdyż ciągle ostrzegali nas przed nimi Rodzice, bo przecież najczęściej biegaliśmy po owych łąkach na bosaka lub w płóciennych tenisówkach, nie stanowiących jakiegokolwiek zabezpieczenia przed ich zębami jadowymi. Skutek tych ostrzeżeń i nieustającej czujności był taki, że pomimo iż są to piękne i pożyteczne zwierzęta, odczuwałem zawsze w stosunku do gadów coś, co określić mogę jako stan pośredni pomiędzy lękiem a obrzydzeniem.

Innych zwierząt nie obawiałem się. Mój Tata, który był wielkim miłośnikiem bieszczadzkiej przyrody i przez kilkadziesiąt lat niemal codziennie chodził po okolicznych lasach, nauczył mnie jak zrozumieć i pokochać dziką przyrodę. Opowiadał często o zwyczajach zwierząt, w tym drapieżników i uczył mnie gdy byłem jeszcze dzieckiem, jak zachować się przy nieoczekiwanym spotkaniu z nimi.To uchroniło mnie jeszcze kilka tat temu od poważnych kłopotów, gdy w Wetlinie, całkiem niedaleko od mojego domu stanąłem „twarzą w twarz” z niedźwiedzicą i jej młodymi. Z perspektywy czasu przyznać jednak muszę, że moje samotne wędrowanie do tak odludnych miejsc do działań rązsądnych zaliczyć nie można, zwłaszcza że o telefonach komórkowych nikomu wtedy jeszcze się nie śniło. Jednak dzięki nim przeżyłem piękne chwile i poznałem tą krainę taką, o jakiej kilka lat później można sobie było już tylko pomarzyć.

Jednym z najpiękniejszych obok Tworylnego miejsc w dolinie Sanu, było wtedy Krywe. Nie takie, jakie widujemy obecnie. Była to całkowicie pusta dolina, bez dróg i czegokolwiek, co można by skojarzyć ze współczesną cywilizacją. Nie było wtedy żadnej budowli, tylko ruina cerkwi na podłużnej górce Diłok, ruina obiektów dworskich i ślady dawnych zagród. Lecz już w połowie lat siedemdziesiątych pojawiły się tam jakieś drewniane obory, a na okolicznych rozległych łąkach zaczęli wypasać bydło więźniowie. Niemnej nie zmieniły te działania w większym stopniu wizerunku tej uroczej doliny, a obory owe dodawały mu jeszcze swoistego uroku. Wędrując tamtędy, od czasu do czasu można było wtedy spotkać na ocalałych jeszcze, bardzo malowniczych łąkach pasące się stadko bydła, poza tym niezmącona niemalże cisza, stare drzewa owocowe w dużych ilościach, ślady spalonych w latach 40-tych domostw, i upajające koncerty świerszczy na ukwieconych łąkach. Nieprzebrane bogactwo malin, jeżyn i owoców ze wspomnianych maleńkich sadów, jakie istniały niegdyś niemal w każdym gospodarstwie.

Wędrowałem wówczas do doliny Sanu inną drogą, niż czyni to dzisiaj większość jej miłośników. Trasa przez Zatwarnicę, czy Studenne była dla mnie zupełnie nielogiczna. Niepotrzebnie nadkładałbym drogi, co ograbiłoby mnie z czasu przeznaczonego na tą wyprawę. Zawsze podróżowałem zatem, czy to pieszo, czy konno, przez jedną z moich szczególnie ulubionych górek – Smerek. Trasa przeważnie wiodła bezpośrednio od mojego domu na Przełęcz Orłowicza, a dalej w kierunku Wysokiego Berda. Pieszo wędrowałem najczęściej dolinami Hulskiego lub Tworylczyka. Konno podróżowałem grzbietami górskimi, do Krywego przez Stoły, do Tworylnego natomiast przez Bukowinę.

Pamiętam taką wędrówkę z roku 1977 lub 1978, dokładnie tego nie pamiętam. Szedłem od Wysokiego Berda doliną potoku Tworylczyk. Niewiele dni wcześniej zapewne, gdyż liście leżących na ziemi gałęzi bukowych jeszcze całkiem nie zwiędły, zakończono tam wielką akcję ścinki wiekowych buków, które porastały dawniej obydwa brzegi tego potoczku w górnej jego części. Nie zwiezione jeszcze do końca bukowe szczapy poukładanie w długie sągi, kawałki kloców leżace na drogach zrywkowych, których częścią na dosyć długich odcinkach było koryto tego potoku. Dzięsiątki, a może nawet setki hektarów dosyć poważnie przerzedzonego lasu. W jakiś czas później teren ten nazwano „Puszczą Bukową Nad Sanem”, włączoną następnie do BdPN. Gdy oglądałem ostatnio jakiś film przyrodniczy, gdzie las na tym terenie nazwano „dziewiczym lasem”, przypomniałem sobie owo „pobojowisko” sprzed lat, i zacząłem zastanawiać się, co tak naprawdę oznacza ten termin.

Pierwszą konną wyprawę do tej doliny odbyłem w 1977 roku na moim niewielkim lecz pięknym, czerwono-białym srokaczu. Tajemnicze ruiny kryweckiej cerkwi, ocalałe w dużej mierze nagrobki z charakterystycznymi „buźkami” wyrytymi w miękkim piaskowcu, a nieco niżej, podążając w dół wąskiego grzbietu, w kierunku Sanu – ruiny dworskich zabudowań. Na okolicznych łąkach ogromne ilości tarniny, głogu i dzikiej róży – raj dla amatorów domowych win ( nie sądzę jednak by wtedy z tych skarbów korzystali), a jesienią bielejące wokół, ogromne kanie. Wrażenia niezapomniane!

To co najpiękniejsze skończyło się ostatecznie pod koniec lat siedemdziesiątych, gdy miejscem tym zajęło się „na poważnie” jedno z Państwowych Gospodarstw Rolnych, a następnie firma Igloopol. „Uporządkowano” teren dawnej wsi. Zrekultywowano przy pomocy spychaczy tereny porolne. Zniknęły malownicze łąki upstrzone kępami olch, brzózek, tarniny i starych sadów. Zniknęła większość śladów dawnej wioski. Te, które przetrwały najazd ciągników, niszczyli później pracownicy tej firmy. Nie pominęli nawet miejscowego cmentarza. Już w czasach Igloopolu dzieci jednego z „ważnych” ludzi wyjęły nawet dla zabawy kości z krypty grobowej. Piękna dolina powyżej cerkwiska, gdzie zlokalizowana była większość wiejskiej zabudowy, zmieniła się nie do poznania. Urocze kwieciste łąki na zboczach łagodnych wzgórz otaczających cerkwisko zmieniły się w rozorane łysiny. Widok był koszmarny, miałem łzy w oczach gdy ujrzałem tą dolinę na początku lat 80-tych. Wybudowano nowy most, który połączył Krywe z drogą leśną wiodącą prawym brzegiem Sanu, z Sękowca do Studennego. Wykonany na „bogato” ale niechlujnie, jak większość budowli igloopolowskich w Bieszczadach zawalił się już kilkanaście lat po jego wybudowaniu. To i tak sukces, bo jeden z mostów przez tą firmę zbudowanych (w Wołosatem) zawalił się już w następnym roku po jego uroczystym oddaniu do użytku.

Dwadzieścia lat wcześniej, zanim postawiłem swoje pierwsze kroki w opustoszałych nadsańskich wioskach Krywe i Tworylne, odwiedzał te miejsca mój Tata. Na rozległych łąkach należących do tychże wiosek prowadziły wypasy bydła PGR-y, zlokalizowane na terenach, które wróciły do Polski wskutek wymiany obszarów przygranicznych ze Związkiem Radzieckim. Kołchozy radzieckie natychmiast przemianowano na PGR-y i rozpoczęto gospodarkę rolną na tym obszarze. Objęto nią również tereny do niedawna przygraniczne, jako że granica państwa aż do roku 1951 przebiegała środkiem rzeki San. Nowy przebieg granicy spowodował, że dawne tereny przygraniczne na tym odcinku, znalazły się w środku „bieszczadzkiego worka”, a tym samym poza obszarem zainteresowań żołnierzy WOP.

Zatwarnica, Krywe czy Tworylne były wcześniej miejscami niedostępnymi dla zwykłych śmiertelników. Dla personelu pegeerów w Chrewcie i Rajskim otworzyły się więc możliwości wykorzystania tej doliny na pastwiska. Tak też się stało. Wspomniane gospodarstwa urządziły sobie sezonowe miejsca wypasowe na terenie dawnej wioski Tworylne. Krywe natomiast znalazło się w sferze zainteresowań pracowników PGR Lutowiska. Rozległe łąki wokół Lutowisk wystarczały do wypasów, toteż do Krywego zaglądano nieczęsto w latach pięćdziesiątych. Zaglądali natomiast szabrownicy. Gdy mój Tata odwiedzał te tereny w pierwszej połowie lat 50-tych, stały jeszcze w nienaruszonym stanie świątynie w Krywem i Hulskiem. Potem ktoś nawiedził te miejsca ściągając blachę z dachów a resztę, dla zatarcia śladów grabieży zapewne, podpalił. W krótkim czasie po owym „nawiedzeniu” uszkodzone świątynie zaczęły niszczeć. Jaj wyglądają dzisiaj, wie każdy miłośnik Bieszczadu.

Krywe nadal jest miejscem pięknym, zwłaszcza dla tych, którzy nie widzieli go przed wspomnianymi zmianami. Wędrowanie doliną Sanu jest ciekawą alternatywą dla zatłoczonych szlaków połoninnych. Nadal można obcować tutaj z naturą, a ślady bytności tutaj dzikiego zwierza ukazują się nader często. O poważnych zmianach jakie tu zaszły wiedzą nieliczni.

Te zmiany w dolinie Sanu nie zniechęciły mnie do odwiedzania jej tak często, jak tylko jest to możliwe. Nauczyłem się cieszyć tym, co mam do dyspozycji. Nie ma sensu rozpaczać z tego powodu, że coś się zmienia a coś przemija. Taka jest kolej rzeczy, i nie na wszystko mieliśmy lub mamy wpływ. Wyrażam jednak zawsze swoje zdanie, a nawet bunt, gdy ktoś, kto mieszka tutaj, niezależnie od jak dawna, nie mając często pojęcia o tym, jak bardzo zmieniły się Bieszczady, i jak niekorzystne są te zmiany, próbuje przeforsować swoje nowe pomysły na ich lepsze zagospodarowanie. Dla tych gór najlepsze co można zrobić, to nie robić nic by je zmieniać. Najlepsze co można zrobić, to robić wszystko, by zachować je przynajmniej w takim stanie, w jakim je zastaliśmy. W mediach usiłuje się ukazać Bieszczady w nieco przyciemnionym świetle. Pokazuje się czasami ludzi z przypiętymi do kapeluszy kawałkami jakichś zwierząt, osoby które żyją ponoć w głuszy podobnej do tych w Górach Skalistych i na Alasce, zmagające się z dziką naturą z dala od wszelkiej cywilizacji, gdy tymczasem drastycznie kurczą się nawet te ostatnie skrawki Bieszczadu, gdzie można choćby przez chwilę zaznać spokoju i wytchnienia. Im bardziej egzotycznie wygląda bohater jakiegoś reportażu, tym większa oglądalność. Oczywiście każdy postrzega Biesy na swój sposób, żyje i ubiera się jak chce i ma do tego prawo. Może i dobrze, bo dodaje to naszym Bieszczadom pewnego kolorytu. Niemniej często turyści zadają mi pytanie, gdzież są takie Bieszczady, jakie oglądali w telewizji. Gdy wyjaśniam im, że takich nie ma i nigdy nie było, a takimi jakimi były nigdy już nie będą, patrzą na mnie jak na kosmitę.

 

 




Podziel się z nami swoją opinią!

Wstecz