Wstecz

2018.01.02 Ania Warso Ambasadorem Carpatici :)

Wierzchem po grzbietach

 

Zamiast narzekać na korki w mieście, tysiąc maili, czy fabułę ostatniego odcinka Gry o tron, pakuj lepiej kask, wygodne spodnie i jedź w Bieszczady. Jest szansa, że zasięgu po prostu nie będzie, a widok z Przełęczy Orłowicza najlepiej ogląda się z siodła.

 

            Konie jedzą śniadanie o siódmej. Sypiemy owies do wiader i ruszamy w stronę pastwiska - towarzystwo za ogrodzeniem już czeka, uszy postawione, wzrok skupiony. Karmienie to też pora na pierwsze oględziny, trzeba sprawdzić, czy nikt w nocy nie zgubił podkowy, czy nic nikogo nie boli. Szemkel podchodził jakby trochę sztywno, ale okazuje się, że to tylko zakwasy. Santana ma zadrapanie na zadzie - pewnie od kopyta, jest nowa i stado jeszcze nie całkiem ją zaakceptowało. Olza właśnie skończyła jeść i zaczyna wędrować - a może ten inny koń dostał coś lepszego? Pilnujemy, żeby każdy zjadł swoją porcję. Sio, Olza.

            Między siódmą a dziewiątą rano oporządzają się ludzie. W sakwie jest miejsce na najpotrzebniejsze rzeczy: apteczkę, kantar, uwiąz, szczotkę i kopystkę dla konia, wodę, kanapki, scyzoryk i czołówkę dla jeźdźca, do tego coś w razie deszczu - zrolowany płaszcz będzie przytroczony razem z sakwami. Potem czyszczenie, siodłanie, troczenie - nasz przewodnik, jeszcze raz wszystko sprawdza, bo fałda na kocu czy niedoczyszczony brzuch może się skończyć obtarciem. Przez pierwszy kilometr, dwa konie są prowadzone w ręku, żeby się rozgrzały. Potem stajemy na chwilę, dociągamy popręgi i pada komenda: na koń!

 

Konno dla przyjemności

            Pierwsze długodystansowe wycieczki jeździeckie organizowano w Europie jeszcze  XIX wieku - mowa o wyprawach, których celem było podróżowanie samo w sobie, kontakt z przyrodą, poznawanie okolicy i odpoczynek od codzienności. Ich korzeni szukać można w samotnych przejazdach konnych, o których głośno było pod koniec tamtego stulecia: w 1895 roku sotnik Kenike na 19-letnim Irkucie w 162 dni pokonał ponad 6000 kilometrów z Duderhofu pod Petersburgiem do Czyty.

            W „Pamiętniku Towarzystwa Tatrzańskiego” z 1876 roku Sofron Witwicki radzi: „Najmując konia do odbycia tej podróży, wybierać należy silnego i krępego: zapewnić się należy, czy jest dobrze podkuty; rząd na nim powinien być dobry, zwłaszcza uzda, siodło i strzemiona (...) Jechać potrzeba zawsze w towarzystwie przynajmniej trzech turystów, nająć dwóch z okolicą obznajomionych przewodników (...) W Żabiu potrzeba się dobrze zaopatrzyć w żywność i napój (...) nie zaszkodzi mieć przy sobie tytoń w skrętach dla poczęstowania na noclegu watażki. Uważać jednak należy, by nie było mgły (mraki) na szczytach, bo ta zapowiada prędką burzę, a w czasie mglistym łatwo można zabłądzić i wpaść w przepaść.”

            Polska to kilka tysięcy kilometrów tras przeznaczonych do uprawiania turystyki jeździeckiej. W przeciwieństwie do endurance, dyscypliny sportowej sprawdzającej hart konia i jeźdźca, podczas włóczęgi rajdowej jest czas na moczenie nóg w rzece, podziwianie krajobrazu, rozpalenie ogniska, a przede wszystkim budowanie więzi ze wspaniałym zwierzęciem, jakim jest koń.             Wielodniowe górskie rajdy organizowane są zwykle późną wiosną, a potem od końca lata do wczesnej jesieni; w lipcu i w sierpniu jest już bardzo gorąco - wtedy lepsze są kilkugodzinne wypady.

            Bieszczadzki Szlak Konny biegnie z Woli Michowej przez pasmo Otrytu do Wołosatego, dolinami rzek, leśnymi drogami i połoninami. Bywa, że o kształcie trasy decyduje pogoda i sama natura: połamane konary na szlaku niekiedy da się ominąć, a czasem trzeba po prostu poszukać innej drogi. Przy stromych podejściach i zjazdach, zwłaszcza po deszczu, schodzi się z siodła i idzie obok konia. Ważną część dnia stanowią popasy, podczas których zwierzęta odpoczywają, mogą się wytarzać albo zdrzemnąć, a ludzie zjeść kanapkę i spróbować złapać Internet (powodzenia). Bieszczady to nadal jeden z najdzikszych regionów kraju i może właśnie szacunek dla tej dzikości sprawia, że jeździ się tu trochę inaczej. Wiele stajni uczy jazdy bezwędzidłowej, coraz większą popularność zdobywa też Western riding, -styl oparty na doświadczeniach amerykańskich ranczerów

 

Czy konie to lubią?

            Na to pytanie w pełni wiarygodnej odpowiedzi  udzielić mógłby tylko jakiś koń, ale trochę już się o nich nauczyliśmy. Że na wolności potrafią wędrować kilometrami w poszukiwaniu dobrej trawy. Że trzymają się w grupach, a odrzucenie przez stado stanowi jedną z najcięższych kar. Że chętnie podążają za przewodnikiem, bo zawsze to lepiej, jak ktoś inny się martwi, czy zza krzaków nie wyskoczy groźny zwierz. Że kiedy nie ma powodu do strachu, potrafią być ciekawskie. Że zawierają końskie przyjaźnie - i lubią wtedy obecność oraz dotyk towarzysza. Że mają dobrą pamięć. Sztuka polega więc na tym, żeby tę drugą stronę przekonać: oto jesteśmy dwuosobowym stadem - a potem zasłużyć sobie na prawo do podejmowania decyzji. Pat Parelli, amerykański popularyzator tzw. jeździectwa naturalnego, miał ponoć powiedzieć: „któregoś dnia usłyszysz od swojego konia: odpowiedź brzmi tak, a o co prosisz?”

            Chociaż posłuszeństwo można - jak w wielu innych przypadkach - wymusić bólem lub perspektywą bólu, to nie jest mądrze przebywać na grzbiecie płochliwego zwierzęcia, które człowiekowi nie ufa i jeśli zastanawialiście się, jak to jest, że kowboje po prostu zarzucają wodze na kołek zamiast swoje konie do czegoś przywiązać, to odpowiedzi trzeba szukać właśnie w ich relacji.

            „To wszystko jest bardzo proste, co wcale nie znaczy, że łatwe” przyznaje Katarzyna Jasińska, instruktorka ucząca metodą Parelliego. Zwierzęta też mają temperament, lepsze i gorsze dni, a do tego różne doświadczenia z ludźmi. Doskonale czytają mowę ciała i widzą, z kim mają do czynienia z drugiego końca wybiegu. Problemy z koniem bywają zresztą odzwierciedleniem problemów samego jeźdźca: niepewności, gniewu, tłumionych emocji. Dlatego warsztaty „jeżdziectwa naturalnego” nie zaczynają się od wsiadania na konia, bo człowiek jest zwykle spokojniejszy, kiedy ma grunt pod stopami. Czasem wystarczają dwie godziny wzajemnego oswajania, żeby koń zaczął za człowiekiem podążać. Tak więc podejrzliwie należy traktować oferty wyjazdów do których „nie są wymagane żadne umiejętności jeździeckie”, a także kluby i stajnie, w których na pierwszej lekcji na ujeżdżalni jeźdźcowi przyprowadza się osiodłane zwierzę przyprowadzają - naukę jazdy powinno się rozpoczynać się od nauki przebywania z koniem.

 

Widoki i emocje

            Przeprawa przez San, skarpy, rowy, krzaczory i błoto we wszystkich kolorach ziemi to stały element naszej wycieczki. Pachnie czosnek niedźwiedzi, mięta, czarny bez. Często jedzie się w zupełnej ciszy. Konie też znajdują swój rytm, pod górę wchodzą skoncentrowane, dokładnie oglądając każdy kamień. Na polanach i szczytach rozglądają się po okolicy. Widać nieistniejącą już wieś Krywe - przed wojną było tu ponad 70 domów, głównie bojkowskich, a kawałek dalej rozległe zabudowania dworskie. Dwór i tartak zostały spalone przez UPA w 1945 roku. Przed wywozem do ZSRR w 1946 większość rodzin schroniła się w lasach, ale rok później wysiedlono je podczas akcji „Wisła”. Wojsko podłożyło ogień pod domy, oszczędzając jedynie cerkiew na wzgórzu, zdewastowaną niedługo potem. W latach 70. mieścił się tu Ośrodek Pracy Więźniów. Dziś zachowały się już tylko fragmenty ścian cerkwi, resztki dzwonnicy, kilka grobów i wieniec starych drzew. Przez lata niewielkie gospodarstwo prowadzili w Krywem państwo Antonina i Stanisław Majsterkowie, czyniąc je jedną z najmniejszych wsi w Polsce. „Tośka” zginęła tragicznie we wrześniu 2015 r, na cerkiewnym wzgórzu stoi krzyż upamiętniający dobrego ducha tego miejsca.

            Moja klacz pochodzi z Wielkopolski i jest tu nowa. Poci się bardziej niż pozostałe konie, przy przejazdach przez strumienie trzeba poluzowywać napierśnik, żeby się mogła wygodnie napić. Na popasach na nic nie zwraca uwagi, tylko do ostatniej chwili wciąga trawę jak odkurzacz - to AQH, American Quarter Horse, dzielny kowbojski konik. „Qartery” są zwrotne, a ich nazwa wzięła się od wyścigów na ćwierć mili, w których potrafią rozwijać ogromne prędkości. Będę się mogła za chwilę o tym przekonać, bo już rano było widać, że frakcję kopytną rozsadza energia po dobrym pastwisku. Galopy są zwykle odkładane na koniec dnia, kiedy nocleg jest blisko, ale już teraz trzeba spuścić trochę pary. Prowadzący zastęp wybiera łagodne zbocze i podjazd. Zaczynamy powoli, po chwili porządek jest w miarę uformowany i można przyspieszyć, konie wyciągają szyje i całe się wydłużają. Gdyby człowiek miał na głowie kapelusz, to by nim zamachał w powietrzu z radości. Człowiek musi się nadal dużo nauczyć, więc póki co jeździ w kasku i nie ma czym zamachać, ale jeszcze długo ma na twarzy wypieki.

 

Wszystkie drogi prowadzą w Bieszczady

            Na końskim grzbiecie da się dzisiaj zwiedzić prawie cały świat. Islandzkie kuce wożą turystów w księżycowe bezdroża Landmannalaugaru. W RPA organizatorzy rajdów ostrzegają, że na sawannie „pośpieszny odwrót bywa konieczny przy nieplanowanym kontakcie z dziką zwierzyną”. W Montanie można dołączyć do spędu bydła i cwałować po preriach, a w Argentynie przemierzyć kilometry pampasów i nie zobaczyć nawet śladu cywilizacji - to drogie przygody, ale kto bogatemu zabroni. Jeździectwo rajdowe rozwija się też w całej Polsce: Łódzki Szlak Konny ma ponad 2000 kilometrów; jeździ się po Sudetach i Górach Świętokrzyskich, Puszczy Augustowskiej i nad Bałtykiem. Jednak to trudno o taką mieszankę awanturników, oryginałów, artystów i włóczęgów, jak w Bieszczadach. Legendą już za życia stał się „kapeluszowy kowboj” Jędrek Połonina, rzeźbiarz, poeta i pieśniarz; w barach wspominają „jagodowego króla” Zdzisława Radosa, Jana Zubowa i innych dawnych zakapiorów. Z Ośrodka Wypoczynkowego Moklik nad Soliną można popłynąć łódką do Zatoki Suchego Dębu na wykład pustelnika, Juliusza I, Króla Włóczęgów, członka-założyciela Światowej Uniwersalnej Akademii Pokoju oraz Komitetu Nuklearnego Rozbrojenia Świata (z siedzibą w Horodku). Na stronach Górskiej Turystyki Jeździeckiej są opisy głównych tras, kalendarz wydarzeń jeździeckich, lista. Niedaleko Cisnej stoi przytulona do Sosnowego Dworu „Carpatica” Piotra Tuniewicza, w Strzebowiskach - „Kulbaka” Krzysztofa Francuza, a w Żubraczem - stajnia „Połoniny”.

             

Z koni!

            Wieczorem zjeżdża się do gospodarstw albo schronisk; bywają noclegi w namiotach i takie z prysznicem, w Wetlinie można nawet pójść na naleśniki do Chaty Wędrowca. Ale najpierw konie: rozebrać, rozetrzeć, odprowadzić. Potem sprzęt - wyczyścić, rozwiesić, zabezpieczyć. Na koniec wieczorne karmienie i można samem wyciągnąć nogi. W nocy trzeba jeszcze raz iść na pastwisko i sprawdzić, czy wszystko w porządku. Zwierzęta widzą człowieka pierwsze i w stadzie zapanowuje poruszenie. Panuje taki mrok, że daje się je rozróżnić tylko po kształtach i zachowaniu. Trawa jest wygnieciona, czyli leżały; ogrodzenie całe, liczba grzbietów się zgadza. Santana przychodzi na zawołanie, ale za chwilę przepędza ją Euforia, może człowiek tym razem coś ze sobą przyniósł. To jest uczucie jakby na chwilę trafić do innego świata: w ciemności poruszają się duże, ciepłe kształty, słychać parsknięcia i kroki, na dłoni a potem przy uchu czuję chrapy Szemkela. Zostaje przy mnie najdłużej, ale w końcu wraca do skubania trawy.  

 

Jazda naturalna

            W 2011 roku w Sundance nagrodę publiczności zdobył Buck, dokument o człowieku, którego doświadczenia zainspirowały Nicholasa Evansa do napisania swojego najsłynniejszego czytadła. Buck Brannaman, trochę mniej romantyczny protoplasta „Zaklinacza koni”, jest dzisiaj jednym z najbardziej poszukiwanych nauczycieli „naturalnego” stylu oswajania i ujeżdżania, a nagrania pokazujące jak w ciągu kilkunastu minut zakłada siodło i wsiada na zupełnie świeżego konia, który znosi to wszystko ze spokojem, a potem jeszcze idzie za nim jak szczeniak, przypominają zapis czarów. Oczywiście „jeździectwo naturalne” jest samo w sobie oksymoronem - ale i samo pojęcie natury jest w sposób nieunikniony podbarwione kulturą i cywilizacją. Świadome, bezpieczne jeździectwo to w ogóle ćwiczenie z empatycznego myślenia o tym drugim, z którym nie mamy naturalnego wspólnego języka, ale z którym z jakiegoś powodu chcemy się dogadywać. Trudno odpowiedzieć na pytanie, dlaczego akurat konie - pies będzie dużo łatwiejszym i bezpieczniejszym towarzyszem, rowerem też można przejechać górską trasę, motocykl jest szybszy, a samochód wygodniejszy. W pracy z koniem może być jednak coś, co się stopniowo przenosi na pozostałe dziedziny życia i pomaga być trochę lepszym dla innych, łagodniejszym, trochę lepiej rozumieć siebie. A stukot kopyt najszybciej wycisza hałas w ludzkiej głowie. 




Podziel się z nami swoją opinią!

Wstecz