Wstecz

2013.05.28 Majowe debiuty aka Naku....... szczęściem

Nie siedziałam na koniu od ponad dwóch lat. Jeździłam przez kilkanaście i z dnia na dzień przestałam. Nie widziałam sensownego kompromisu między jazdą sportową, a klepaniem dupy w siodle na ujeżdżalni. Postanowiłam zrobić coś nowego, pojechać w góry na rajd i sprawdzić czy to dla mnie. Wsiąść na konia na 5 dni, po takiej przerwie, nie było może pomysłem rozsądnym, ale za to niezwykle błyskotliwym i co najważniejsze: wykonalnym.

 

W Krakowie okazało się, że na weekend majowy bilety na busa w Bieszczady należy rezerwować nieco wcześniej, bo w przeciwnym wypadku można pozostać na peronie. Inaczej ? należy je po prostu zarezerwować. - Ju, ja pie?.., mam niezły fuck up. Sprawdź mi jak mogę się stąd wydostać, bo do Cisnej nie ma już na dzisiaj w ogóle biletów. Już pełnym profesjonalizmem (miałeś na sobie te swoje słuchawki i mikrofon, gdy mnie nawigowałeś, prawda?) zalecił sprawdzenie połączeń do Leska, Sanoka, Rzeszowa. Na żaden nie było już biletów. W zasadzie przymierzałam się już mentalnie do majóweczki w grodzie Kraka, ale ostatecznie wygrałam starcie z kierowcą, który dowiedział się, że mogę jechać na stojąco, w luku bagażowym lub u niego na kolanach, że jest mi to absolutnie obojętne, w jakim miejscu i pozycji, ale muszę pojechać tym busem i sile mej perswazji uległ. Zatem jadę. Na schodkach przy środkowym wyjściu, siedzę wygodnie na trzech plecakach, a dwa leżą sobie na mnie. Jest ciepło i miło. Dojeżdżam do Leska, zapalam papierosa i rozglądam się za jakimś punktem informacyjnym. Podjeżdża policja. ? Mnie panowie wzywają? Ja przepraszam, nie wiedziałam, że tu nie wolno palić. A tak w ogóle to jutro rzucam. Naprawdę! Taki jest plan. ? Yhm, oczywiście. A wiedziała pani, że za to można dostać mandat do 500zł? Dokumenty poproszę. Daję dowód i pytam, czy mogę ich tutaj na chwileczkę zostawić z tym moim dowodem i wypisywaniem mandatu, gdyż obawiam się, że za 4 minuty mam ostatnią opcję wydostania się stąd i chętnie bym to sprawdziła. ? Nie, pani musi tu sobie z nami teraz stać. Chociaż? Ty, Józek! Zobacz, ta pani jest rocznik mojej żony! Niereformowalny niestety. ? Yhm, ostatni przed reformą ? wtrącam z dumą. ? Taaak. To niech pani idzie się dowiedzieć. Po powrocie wręczono mi mandat na kwotę 20zł. Ponoć nie wypisuje się mandatów poniżej 50zł, a taki na 20 idzie na ochronę przyrody, więc się ucieszyłam. Mówię im, że są wspaniali, bo potrafią wlepić mandat, z którego się człowiek jeszcze ucieszy i podziękuje, a tak w ogóle to mój debiutancki mandat, więc ich zapamiętam. ? Szkoda, że ma pani ze mną TAKI pierwszy raz. ? Yyy, no tak, wielka szkoda?

 

W ogóle był to długi weekend debiutów. Pierwszy mandat, pierwszy rajd, pierwszy galop połoniną i pierwszy siniak po wewnętrznej stronie dłoni (i poparzenie pokrzywami spodu stopy). Całkiem przyjemna odmiana po tym, jak przed wyjazdem, po imprezie urodzinowej pewnych szacownych jubilatów, debiutowałam w puszczaniu pawia na pluszowego psa.

 

Przybywam do Sosnowego Dworu. Piotr, prowadzący rajd, jest osadnikiem nowego typu, który w Bieszczady przybył, w przeciwieństwie do legendarnych zakapiorów, z biznesplanem, a nie z wyrokiem. Wraz z Izą zamienili pracę w korporacji na pensjonat, dom i stajnię, w dolinie otoczonej górami, gdzie każdy dzień można rozpocząć od kawy na tarasie z widokiem na pastwiska. Przydziela mi klacz rasy quarter horse, o imieniu Gypsy, która przyleciała z Kanady w brzuchu swojej mamy. Prawdziwy koń westernowy. Przysadzista, nieduża, ze 160 cm z kapeluszu, tudzież w podkowach. Klacz jest biało-żółta. Jedno oko niebieskie, drugie zielone. ? Ona jest maści cremello, powinnaś się cieszyć, to jedna z tych najrzadszych maści. Aha ? myślę ? niechby i sobie była maści biały nugat z karmelem. Jest biało-żółta, kurwa, skonam przy czyszczeniu. A tak w ogóle to wpadłam na genialny pomysł, by cały rajd odbyć w moich białych bryczesach z zawodów? oryginalność przede wszystkim. Piotrek instruuje nas, że to będzie zupełnie inna jazda, horse trekking, rozłożenie sił na wszystkie dni, dużo jazdy technicznej. Po czwartym dniu rajdu miałam po pierwsze ?dupny? kryzys, po drugie własną definicję horse trekkingu, która powstała, gdy wspinaliśmy się pieszo na Chryszczatą. Otóż horse trekking jest wtedy, gdy wdrapujesz się na 1000-metrową górę ciągnąc za sobą 600-kilową klacz. ?Gwiazdy tańczą na błocie? stanowić by mogło równie ciekawą alternatywę tejże definicji.

 

Po pierwszym dniu zaś, byłam w zasadzie przekonana, że zginę. Zorientowałam się też, że trasy, którymi absolutnie nie da się jeździć konno (skaliste zbocza nachylone pod kątem 80 stopni, przeprawy brodem po śliskich głazach w górę strumieni? generalnie: brak przejazdu, zawracam) będą właśnie tymi, które wybierzemy. Na skarpie tak stromej, że prawie leżę, odchylona na tylnym łęku siodła, zerkam jak kamienie osuwają się spod kopyt, klacz ? fanka młodych listków buka ? uskutecznia sobie McDrive?a? Skoro klacz taka pewna siebie, nie pozostaje mi nic innego, jak puścić luźno wodze, zaufać jej i zanucić My Rifle, My Pony and Me. A także podziwiać góry i wszechobecne potoki zdradliwych kaczeńców, które lepiej jest jednak podziwiać z daleka, gdyż, jak się okazuje, kryją z reguły pod sobą błoto po sam brzuch, co stanowić może niejaki problem w połączeniu ze śnieżną bielą bryczesów i karmelowatością dzielnego pony.

 

Po powrocie do Wrocławia, na chodniku, znalazłam skórzany palcat. A nie co dzień przecież znajduję sprzęt jeździecki w środku miasta. Gdy weszłam do domu odbyłam zaś następujący dialog: ? Piu, fajnie, że jesteś, ale idź się już umyj, bo strasznie śmierdzisz. ? Wiem, śmierdzę szczęściem ?odpowiedziałam. Cała naku??. szczęściem. Było przecudownie.

 

PS. Beata udowodniła wracając dziś w Krakowie od lekarza, że istnieje coś takiego jak horse trekking w wersji hard: 5 dni konnego rajdu z pękniętym w 1-szym dniu rajdu żebrem. Ale przecież wszystko jest dobrze i nikogo nic nie boli!

 

PS2. Wola Michowa już zawsze będzie mi się kojarzyć z tokajem i moimi wachtami przy koniach o 5 rano (twice!) i rzecz jasna z panią kucharką, która kazała nam poskładać talerze po obiedzie ?jak w restauracji? ;) Wojtasiówka w Osławicy ze wspaniałymi ludźmi, zbłąkanymi wędrowcami przy ognisku i wzruszającą piosenką o góralu, co tak cichutko kona. A to wszystko tam było za dychę, ale tylko dla wtajemniczonych ;)




Podziel się z nami swoją opinią!

Wstecz