Wstecz

2013.05.25 Dziennik rajdowy Tomka dzień 5

Obudziłem się po 5:00 rano, ale poleniuchowałem trochę i o 5:30 udałem się na poranną toaletę. Później przygotowałem owies dla koni i poszedłem je nakarmić. Gdy skończyłem wszyscy już byli na nogach, bo Piotr w międzyczasie poszedł ich obudzić. Zjedliśmy skromne śniadanie, niektórzy wypili kawę i ruszyliśmy w drogę. Najpierw doliną Wetlinki gdzie od rzeki bił nam przyjemny chłodek. Bo o dziwo słońce przygrzewało. Po dłuższym czasie jazdy naszym oczom ukazał się sklep. Niezwłocznie wyprosiliśmy Piotra o postój i zakupiliśmy upragnione kac – piwo. Ale było dobre. Po tym przyjemnym, ale krótkim postoju ruszyliśmy dalej w kierunku stokówki. Tam jechaliśmy leśną utwardzoną drogą, która wiła się wzdłuż góry. Mijając kolejne składy drewna nasze oczy zobaczyły dym a potem ogromne piece, w których wypala się węgiel drzewny. Niestety nie było nam dane wypytać się o proces wypalania, bo przed nami było jeszcze sporo drogi tego dnia. Tak, więc kontynuowaliśmy jazdę i po następnej godzinie wylądowaliśmy w Dołżycy na Wszechstronnym Konkursie Konia Bieszczadzkiego. Ciekawy event z wieloma interesującymi zadaniami do wykonania. Po obejrzeniu zmagań paru uczestników oraz po wypiciu jednego piwka ruszyliśmy dalej by zobaczyć widok z Jeleniego Skoku. Przeszliśmy przez torowisko i ruszyliśmy krętą drogą, która mozolnie, ale konsekwentnie wspinała się do góry. W pewnym momencie zsiedliśmy z koni i zaczęliśmy je prowadzić, aby ulżyć im w wysiłkach wspinaczki. Po parudziesięciu minutach dotarliśmy na szczyt. Jeleni Skok – nazwa wzięła się od tego, że jest nagłe urwisko w lesie i kłusownicy zaganiali tam łanie i jelenie by te oddały swój ostatni w życiu skok, a później schodzili na dół po zdobycze. Miejsce to jest o tyle magiczne, że z tego urwiska rozciąga się przepiękny widok na Krzywe oraz otaczające go góry i pola. Widać jak na dłoni Sosnowy Dwór :). Po czterdziestominutowym odpoczynku ruszyliśmy w ostatnią tego dnia trasę – z powrotem do Sosnowego Dworu. Zeszliśmy na dół inna ścieżką, ale nieustępującą stromością tej, którą się wspinaliśmy. Potem wzdłuż torowiska by potem wjechać na pola i ruszyć z kopyta ostatnim tego rajdu galopem. Tak, więc z dzikimi okrzykami na ustach, z kapeluszami w dłoniach gnaliśmy przez wysokie trawy. Potem zwolniliśmy i doczłapaliśmy do Dworu. Po rozsiodłaniu koni umyliśmy je i wypuściliśmy na pastwisko gdzie zaraz się wytarzały, bo jak wiadomo brudny koń – szczęśliwy koń. A co dalej odpoczynek, obiad i pożegnalne ognisko :).

 

Ale zanim to się skończyło to obiadek. Ludziska dawno nie jadłem tak dobrze. Najpierw zupa z dużą ilością mięsiwa, co już mi zadowoliło brzuszek, lecz najgorsze jest to, że później podano ziemniaczki, mięsiwo, sałatkę i do tego sos ze świeżych grzybów – normalnie niebo w gębie! Potem usiedliśmy na tarasie u Piotra i przez ładnych parę godzin gadaliśmy o życiowych tematach oraz wspominaliśmy rajd. Także zostało ustalone, nieszczęśliwie dla mojej dupy, że i tak dostanę deską, bo to mój pierwszy rajd w Bieszczadach :).

I tak czas nam zleciał do 22:00 i postanowiliśmy rozpalić ognisko. Po przygotowaniu drewna i podłożeniu ognia buchnęły iskry i zaczął się unosić przepiękny zapach palonego drzewa sosnowego. Usmażyliśmy kiełbaski, wypiliśmy po piwku i wtedy nadszedł moment bólu, – czyli Kapituła Dupnej Deski. Celowali dobrze i z impetem, a po mojej dupie spłynął deszcz chwilowego bólu, ale było warto :). Dostałem piękną wypisaną Dupną Deskę na pamiątkę! Potem Piotr nas opuścił, więc pożegnałem się z nim i zapowiedziałem na następny rajd. My chwilę później też skończyliśmy. Zalaliśmy ognisko wodą, posprzątaliśmy i udaliśmy się spać. Ja wspiąłem się pod strzechę nad stajnią i ułożyłem się między kostkami słomy. Sen zamknął moje oczy i odleciałem w tą ciepłą gwieździstą noc w objęcia Morfeusza.

Następnego dnia zabrałem się z ludźmi z Poznania, którzy podrzucili mnie bliżej domu.

Przygoda, którą tutaj próbuję ująć w słowa jest ciężka do opisania. To, co tutaj przeżyłem, co zobaczyłem, jakich ludzi poznałem no cóż nie da się opisać a ja podjąłem tą nieudolną próbę. Wędrówkę po tych górach idealnie opisują słowa piosenki punk rockowego zespołu pochodzącego właśnie z Bieszczad – KSU. „Tam na dole zostało wszystko, wszystko to, co cię męczy. Patrząc z góry wokoło, świat wydaje się lepszy”. Także do zobaczyska za rok :).




Podziel się z nami swoją opinią!

Wstecz