Wstecz

2013.05.23 Dziennik rajdowy Tomka dzień 4

Obudziłem się około 7: 00 rano i po ubraniu się zszedłem na dół by zaczerpnąć świeżego, porannego powietrza. Po chwili dołączył do mnie mentor naszej wyprawy – Piotr. Zezwolił mi na rozpoczęcie operacji śniadanie dla koni a sam zabrał się za realizację akcji poranna kawa dla Piotra :). Wolnym, więc krokiem udałem się z przybytku Antoniny do stajni po worek z owsem i ruszyłem z nim zarzucając go na plecy, jak Święty Mikołaj. Po podzieleniu reszty owsa na 5 porcji ruszyłem przez ponad ¾ ha pastwisko na poszukiwanie rumaków. Oczywiście znalazłem je prawie na drugim końcu pastwiska. Zawołałem je i ruszyły ładnie w szeregu za mną jak za przewodnikiem stado, bo wiedziały, do czego je doprowadzę :). W trakcie śniadania musiałem odganiać owce, które też stwierdziły, że owies jest dobry i próbowały podejść i podjeść koniurom śniadanie. Gdy już skończyłem wróciłem do Agro „u łosi” by zaspokoić swoje własne cielesne potrzeby głodu i pragnienia. Po śniadaniu, a nawet w jego trakcie rozpoczęły się opowieści dziwnej treści i przy kawie i herbacie kolejne dwie godziny na gadce minęły. Później jak to zazwyczaj było mówione dupa w troki spierdalaka osiodłaliśmy konie i w drogę. Ruszyliśmy tą samą trasą z powrotem. Obok ruin cerkwi zatrzymaliśmy się na słit focię by potem przebrnąć przez podmokłe łąki. Gdy w końcu dotarliśmy do suchej części ruszyliśmy galopem. Coś pięknego. Człowiek czuł się jakby leciał po tej trawi. Potem znowu wzdłuż rzeki i przez leśną drogę gdzie nasz przewodnik dopatrzył ślady wilka. W pewnym momencie zboczyliśmy z poprzedniej trasy i przez łąkę ruszyliśmy za Piotrem w nam nieznane. Galop przez łąkę a później człapanie przez kolejny piękny zielony tunel, który nam uformowała natura. Dotarliśmy do miniaturowego składu drewna, na którym stały dwa stosy bukowych „metrówek”, obok którego to znajdowała się mała polanka, na którym zatrzymaliśmy się na popas. Rozłożyłem się na moim olejaku, spuściłem kapelusz na nos i delektowałem się ciepłymi promieniami słońca ogrzewającymi moje kości. Po 30 minutach podpinaliśmy lekko popręgi, konie wzięliśmy na uwiązy i ruszyliśmy w górę prowadząc nasze konie po stromym szlaku zrywkowym. Po paru postojach i paru ładnych setek metrów dotarliśmy na polanę pod szczytem. Rozsiodłaliśmy konie, puściliśmy na popas a sami podzieliliśmy się jednym piwem, jakie mieliśmy, ale smakowało mmm. Ale bez niespodzianek się nie obyło. Nagle Helios, Aleksie i Gypsy, ( bo Euforię i Imbira udało się złapać) zaczęły uciekać!!! Wartko ruszyliśmy w pościg na szczęście po parunastu minutach i paru przekrętach udało się je złapać i wszystkie koniury wylądowały na uwiązach by zapobiec podobnej sytuacji później. Po odpoczynku i wysuszeniu spoconych koszulek wzięliśmy się za rozczyszczanie koni z resztek błota oraz osiodłanie ich. Jeszcze tylko szybko psyk antybiotykiem na małe zadrapanie Gypsy i w drogę. Trasa ta była bardzo urozmaicona. Wiele podejść, wiele zejść jak i mnóstwo przeszkód do przejścia nad, pod i obok nich. A to powalone czy wiszące drzewa, a to kamienie czy strome zejścia, tory w drodze zrobione przez ciągniki zrywające drzewa, czy tereny podmokłe. A więc co kto lubi to ma:). Lecz w pewnym momencie wyjechaliśmy na prostą, niczym nieskażoną drogę i patataj patataj nawet nie wiem, kiedy ten galop się zaczął. Po paruset metrach, gdy skończyliśmy ten szaleńczy bieg, rozpoczęliśmy dość strome zejście. Idąc trawersami, slalomem, powoli schodziliśmy w dół. Oczywiście dziko rosnące kamienie i powalone drzewa nas nie zawiodły i wszędzie było ich pełno. I tak powoli, ale wytrwale schodziliśmy aż naszym oczom ukazała się Bacówka na Jaworzu. Podjechaliśmy, stanęliśmy, po rozsiodłaniu koni wpuściliśmy je na pastwisko, a sami jak to spragnieni wędrowcy udaliśmy się nabyć złocisty trunek. No powiem Wam, po takich terenach piwo smakuje zacnie :). Po odpoczynku wysłuchaliśmy opowiadań Agony wojnie o Kaszmir ( ta baba powinna zostać nauczycielem „zacnie się jej słucha”) oraz o przygodach, które przeżyła. Potem ja udałem się zaserwować kolację kopytnym, a reszta ekipy realizowała ambitny plan rozpalenia ogniska z mokrego drewna. I o dziwo udało się, także wieczór przy ognisku czas zacząć. Gitara, śmiechy, gadki, kiełbasa i piwo! Tego mi było tego wieczoru potrzeba :). Po tak wyśmienitym wieczorze Piotr II i Weronika udali się do schroniska a ja rozłożyłem się pod wiatką, a za moim przykładem również Piotr i Agna i zasnęliśmy na świeżym powietrzu opatuleni w śpiwory.




Podziel się z nami swoją opinią!

Wstecz