Wstecz

2013.05.22 Dziennik rajdowy Tomka dzień 3

Przebudził mnie śpiew ptaków. Zerknąłem na zegarek, było po 4 nad ranem. Deszcz się chwilowo uspokoił jednak i dzisiaj będzie nam towarzyszył w drodze. Dobrze, że mamy olejaki. Plan dzisiejszego dnia to dotrzeć na Krywe w Dolinie Sanu. Według Piotra najpiękniejsza dolina w Bieszczadach. Szkoda, że mój aparat się zepsuł i nie uwiecznię tego no, ale postaram się to opisać. Po nakarmieniu koni zamówiłem sobie jajecznicę na śniadanie i po opędzlowaniu jej zasiadłem z resztą, aby obgadać plan wędrówki na dzisiejszy dzień. Piotr obawiał się, że przez te deszcze nie uda nam się wyjść pierwotną trasą. Ustaliliśmy, że miejsce docelowe pozostaje to samo jednak pojedziemy tam inną drogą. Wyjazd zaplanowany na godzinę 10.00 także jeszcze godzina czasu. Spakowaliśmy się i Agna, która dopadła swój aparat mówi, że nie ma w niej karty. Także bilans aparatowy to: jeden zgubiony, jeden zepsuty i jeden bez karty. Nagle mi zaświtało przecież ja w swoim zepsutym aparacie mam kartę! Tak, więc z dwóch aparatów mamy jeden sprawny, czyli jakaś dokumentacja będzie. Wybiła godzina wyjazdu, więc po osiodłaniu naszych wierzchowców ruszyliśmy. Najpierw w dół by po przekroczeniu rwącej rzeki wpaść na drogę prowadzącą do Rezerwatu Sine Wiry.

Po ponownym przekroczeniu rzeki ( tym razem mostem) i ujechaniu doliną jakiegoś kilometra skręciliśmy na szlak zrywkowy i rozpoczęliśmy wspinaczkę. Po pewnym czasie wspinania się Piotr oznajmił, że mamy zsiąść z koni i iść w górę obok nich. Tak też trzeba, bo koniury też się zmęczyły a poza tym to też ma swój urok ( dzielenie wysiłku z towarzyszem niedoli). Po trzech krótkich postojach, aby złapać oddech wyszliśmy z lasu na polankę, na której urządziliśmy popas. Konie trawę, my kanapki a niektórym się udało nawet zdrzemnąć no i to jeszcze jak?! My myśleliśmy, że to niedźwiedź do nas podchodzi, ale szybko okazało się, że to Agna przez drzemkę na nas warczy :). Po skończonym popasie ruszyliśmy drogą biegnącą w dół. W pewnym momencie naszym oczom przez przesmyk ukazał się przepiękny widok na dolinę i otaczające ja zielone szczyty. Zatrzymaliśmy się na chwilę by temu cudowi się bardziej przyjrzeć i ruszyliśmy w dalszą trasę. Po następnych kilkudziesięciu minutach jazdy na naszej drodze zaległa przeszkoda ? złamane drzewo. Jako że nie udało się go objechać, musieliśmy sobie z nim poradzić? Piotr wyciągnął z magicznej sakwy swoją miniaturową siekierę i na zmianę z Piotrem II i mną ciupaliśmy to drewno. Po usunięciu przeszkody ruszyliśmy dalej trawersem w dół. Gdy kolejne minuty jazdy mijały napotkaliśmy koniec lasu a za nim jeden z najpiękniejszych widoków, jakie widziałem. Rozległe pola na wyżynach otoczone zielonymi górami. Na środku tych pól znajdowała się aleja ułożona z drzew, o której to dowiedzieliśmy się, że prowadziła do dworu. A my jak to na ciekawskie bestie przystało naciągnęliśmy Piotra na zboczenie z kursu i oglądnięcie ruin. Ruszyliśmy galopem przez pola a przez to, że polało i teren podmokły to musiałem unikać pocisków lecących spod kopyt kobyłki, na której jechał Piotr II. Ruiny jednak oglądnęliśmy z daleka gdyż wokół nich zrobiło się bagno. Jednak i tak opłacało się tam pojechać, bo te widoki z dna tej dolinki ? po prostu nieziemskie. Później wróciliśmy na nasz szlak i poczłapaliśmy dalej. Jechaliśmy tunelem, którego firmament stanowiły zielone gałęzie drzew a gdzieś w oddali słychać było szum rwącej rzeki. Jak się później okazało wcale nie tak odległej, bo później jechaliśmy wzdłuż jej brzegu. Nagle Piotr uniósł rękę w geście stop i pokazał nam łanię, która gdy nas zobaczyła puściła się do ucieczki przez fioletową od kwiatów łąkę. Gdy już zniknęła poczłapaliśmy dalej by później odbyć ostatni galop dzisiejszego dnia. Galopując tak przez te łąki kolorowe od kwiatów i otoczone zielonymi górami człowiek czuje się naprawdę wolny. Jeszcze ostatnia droga na górę, na której szczycie minęliśmy ruiny starej cerkwi górującej nad dwoma dolinami. Jakby zrobić tu zdjęcie to krajobraz jak w Irlandii bądź w Szkocji. Zielone łąki, góry, lasy, owce, konie ? coś pięknego, czyli witajcie w Krywym. Dojechaliśmy do miejsca naszego noclegu. Rozsiodłaliśmy konie i puściliśmy je na pastwisko a sami udaliśmy się na obiad. Barszczyk czerwony i pierogi, czego dzisiaj więcej trzeba? A później sielanka. Gdy tak leniuchowaliśmy dojechały nasze bagaże i piwo :). A że pora poobiednia i człowiek spragniony to pierwsze smakowało, że hej. Tak siedząc nagle zorientowaliśmy się, że już pora na karmienie koni. Więc ja w roli Św. Mikołaja ( miałem worek z owsem na plecy) oraz Agna i Piotr udaliśmy się podać im kolację. Po przywołaniu koni do siebie z drugiego końca pastwiska rozsypaliśmy im owies i pilnowaliśmy żeby jeden drugiemu nie wyjadał. I wtedy się zaczęło. Helios skończył wcześniej i podszedł do Imbira chcąc wyjeść jego porcję i nawet nie zdążyliśmy zareagować, gdy kopnął on Imbira w zad. Udało nam się rozgonić towarzystwo, ale Helios nabuzowany tą sytuacją podszedł do Gypsy, aby ją odgonić i dojeść jej owies. A przy niej stałem ja. Moja głupota nie zna granic i stanąłem między nimi i prawie zarobiłem strzała z zadu, ale na szczęście refleks jeszcze nie najgorszy i uniknąłem ciosu i udało się mi go odgonić a że wszystkie skończyły już jeść to my udaliśmy się do naszej noclegowni gdzie przy gitarze, śpiewie i piwie doczekaliśmy momentu, że nas dopadło zmęczenie i poszliśmy grzecznie spać.




Podziel się z nami swoją opinią!

Wstecz