Wstecz

2013.05.20 Dziennik rajdowy Tomka dzień 2

Noc zleciała, ale od 5 rano spać nie mogłem i do 6: 30 ( przekleństwo w pracy) budziłem się, co 30 minut. W końcu wstałem i ubrałem się i zszedłem na dół. Zrobiłem sobie herbatę i siedzę patrząc za okno i podziwiając widok za nim. Nareszcie pogoda dopisuje, ale jest wietrznie i mam nadzieję, że ten wiatr zmieni tę pogodę w jeszcze ładniejszą. Niestety ( dla mnie) pracownik Piotra wytrzeźwiał i nakarmił już konie. Teraz pozostaje czekać do 9 na śniadanie.

Przed godziną 9 zeszli się wszyscy ( 9 wspaniałych) i ustaliliśmy wstępną a trasę naszej wędrówki. Po tym szybkie przebranie się pakowanie i przejście pod dom Piotra. Tam głupia gadka przez godzinę i ruszyliśmy po konie. Mojej osobie przypadł w udziale kary wałach o zacnym imieniu Imbir. Bardzo fajny konik, którego jak to zostało mi oznajmione trzeba pchać do przodu (jak w domu z Argonem). Po dobraniu siodeł, gdy już mieliśmy siodłać konie rozpętała się ulewa. Pochowaliśmy się przed deszczem pod wiatką. A co może lepiej umilić czas oczekiwania na dziurę w deszczu niż dwa piwa, wino i gitara? Tak, więc na popijaniu i śpiewach wyczekaliśmy lukę, osiodłaliśmy konie i ruszyliśmy. Oczywiście w towarzystwie naszego brata – deszczu. Na początku zieloną polaną, aby później ruszyć wzdłuż torów kolejki wąskotorowej biegnącej przez Bieszczady. Gdy nagle zjechaliśmy z torowiska i przedostaliśmy się przez las, naszym oczom ukazała się polana z przepięknym widokiem. W dole dolina z rozsianymi domkami, nad którymi górowały przepiękne pagórki zabarwione zielenią drzew. Po przebyciu tej polany znowu wjechaliśmy w knieje przekraczając potok, aby później wędrować szlakami zrywkowymi. Gdy znowu wyjechaliśmy spomiędzy drzew ukazała nam się chatka znajomych Piotra gdzie zatrzymaliśmy się na popas. Niestety kolega Piotr II zgubił aparat, ale i to nie popsuło naszych nastrojów, które bardzo poprawiła zaserwowana nam nalewka.. Na szczęście przestało padać, więc znowu ruszyliśmy w trasę. Po pewnym czasie naszego człapania przechodziliśmy obok pastwiska, na którym pasły się inne konie. Na nasz widok ruszyły w naszym kierunku galopem i Gypsy, na której jechała Agna się spłoszyła, jednak wprawna amazonka szybko opanowała sytuację i mogliśmy dalej kontynuować naszą szwendaczkę. Po zejściu do doliny, zaczęliśmy się znowu wspinać krętą jak wijący się wąż ścieżyną biegnącą przez las. Na szczycie okazało się nagle, że znajdujemy się na szczycie wyciągu narciarskiego. Dobrze, że to nie zima, bo zostalibyśmy stratowani przez szalonych narciarzy he, he…. Poczłapaliśmy w dół stoku by później wkroczyć na drogę, która doprowadziła nas do następnego naszego postoju, którym był sklep. Tam puściliśmy konie na popas a sami jak to spragnieni wędrowcy udaliśmy się do sklepu celem nabycia płynów dowadniających :). Głównym napitkiem stała się Perła miodowa ( swoją drogą bardzo dobra). No, ale też jak to mądrzy wędrowcy pomyśleliśmy o nadchodzącym wieczorze i nabyliśmy bardziej kojące pragnienie i bardziej poprawiające humor napitki o smaku wiśni jak i krystalicznie czystej wody ognistej :).

Po skończonym popasie ruszyliśmy w dalszą drogę wzdłuż rzeki, której kolor przypominał kolor naszej matki ziemi a „wzrost” był nagle o wiele wyższy niż zazwyczaj. Mając na uwadze niedawne opady fakt ten wcale nie powinien dziwić. Jednak i to nie przelękło naszej ekipy jeźdźców apokalipsy i w pewnym momencie zaczęliśmy przekraczać rzekę. Woda naszym dzielnym wierzchowcom sięgała do brzuchów jednak to ich nie zraziło i dzielnie przebyły przez całą szerokość potoku. Następnie kontynuując wędrówkę drugą stroną rzeki doszliśmy do składu drewna, którego całą długość przebyliśmy pięknym patataj, patataj galopem. Nagle naszym oczom ukazał się cel naszej dzisiejszej wędrówki Schronisko w Jaworcu ( 605 m n.p.m.).

Zatrzymaliśmy się przy wiatce gdzie rozsiodłaliśmy konie i puściliśmy na pastwisko by sami później zalegnąć między drewnianymi ścianami schroniska. Oczywiście ja jak to ja musiałem coś zrobić i zrobiłem. Udając się do WC w wiadomym celu i po wykonaniu tej czynności chciałem spłukać muszlę. No i oczywiście zepsułem spłuczkę. Na szczęście udało mi się ogarnąć temat i spłuczkę szybko naprawiłem. Po wyjściu na górę zasiadłem z resztą ekipy apokalipsy i rozpoczęliśmy chwilowe posiedzenie przy dźwiękach gitarrry oraz wyciu 5 wilków :).

Lecz po dłuższej chwili spostrzegliśmy, że na zewnątrz przepięknie świeci słońce i udaliśmy się na ławeczkę żeby odpocząć. Nagle, co nas nie powinno dziwić zaczęło nam burczeć w brzuchach. Na szczęście Weronika nie pozostawiła swoich współtowarzyszy niedoli samych i przy pomocy skrzynki obfitości wyczarowała posiłek – ryż w sosie warzywnym. Po konsumpcji tego zacnego i bardzo dobrego dania, znowu wyszliśmy przed schronisko jednak tym razem w towarzystwie gitary za sprawą, której wycie 5 wilków niosło się po pobliskich zboczach i dolinach. Oczywiście nie zabrakło też wisienki na tym torcie dosłownie wisienki :). A najlepszym jest fakt, że gospodarz użyczył nam super miniaturowy garnuszek, ulepiony i wypalony specjalnie do takich celów. I tak zleciał nam czas do momentu, w którym nastała pora kolacji dla koni. Wstaliśmy, zeszliśmy na dół gdzie Piotr wsypał do 5 wiader po dwie miarki owsa dla naszych wierzchowców. Potem, jako że żeńska część ekipy nakarmiła męską to męska część poszła nakarmić konie. Rozłożyliśmy wiadra w pewnej odległości od siebie, po czym pilnowaliśmy by konie jadły swoje a nie podjadały innym. Oczywiście najwięcej trzeba się było uchodzić za klaczą Piotra przewodnika, która to zjadła najszybciej a później krążyła próbując wcisnąć swoje chrapy w wiaderka innych. Na szczęście byliśmy tam my i nie dopuściliśmy do tego. Potem zasiedliśmy w stołówce gdzie Agna, nasza towarzyszka wygłosiła prelekcję na temat pierwszego w historii zimowego ataku na Gasherbrum I ( ponad 8000 m n.p.m.). Ona była kierownikiem bazy a jej brat wraz z kolegą śmiałkami, którzy po raz pierwszy w historii zdobyli ten szczyt zimą. Przepiękne zdjęcia i historie te wspaniałe i radosne jak i te smutne i przygnębiające towarzyszyły tego wieczoru mi i moim kompanom jak i reszcie zgromadzonych turystów. Po zakończonej prelekcji udałem się na miejsce mojego ( nie wiecznego) spoczynku, czyli wiatkę na zewnątrz gdzie zostawiliśmy siodła. Rozłożyłem sobie karimatę i śpiwór, po czym do pokrowca po śpiworze napchałem ciuchów i tym sposobem miałem poduszkę. Ułożyłem się pod tą wiatką i wsłuchiwałem się w padający deszcz, który z hipnotyzującym rytmem uderzał o dach strzechy, pod którą postanowiłem spędzić noc. Tak opatulony udałem się w kolejną wędrówkę tym razem do krainy i w objęcia Morfeusza słysząc coraz cichsze dudnienie w miarę oddalania się od rzeczywistości.

 



Podziel się z nami swoją opinią!

Wstecz