Wstecz

2013.03.24 Dziennik rajdowy Tomka

 

Dzień 1

 

Po dopakowaniu się rano i ubraniu ruszyłem w kierunku przystanku autobusowego. Po drodze zawinąłem jeszcze do sklepu w celu nabycia baterii do mojego złomiastego aparatu, co by zrobić jakąś dokumentację zdjęciową całej wyprawy. Podróż rozpocząłem po ulokowaniu się w busie jadącym do Krakowa, czyli pierwszy dzień wyprawy można uznać za otwarty. Oczywiście nie obyło się bez śmiesznej sytuacji gdyż do tego samego busa wsiadła kilka przystanków niżej moja Ex. Myśląc, że jej nie zauważyłem usiadła szybko z przodu i na sugestię siostry, ( która mnie nie widziała), aby usiąść z tyłu odpowiedziała szybkim pociągnięciem jej za ramię i usadowieniem obok siebie. Fajnie to wyglądało :).

Później dosiadł się do mnie kumpel, z którym nie gadałem z pół roku i tak na gadaniu zleciała mi podróż do Krakowa.

                Na miejscu po zorientowaniu się odnośnie miejsca odlotu mojego krążownika do następnego celu wstąpiłem do dworcowej restauracji celem zaspokojenia mych prymitywnych potrzeb – głodu i pragnienia. Zamówiłem sobie bigosik i wodę. I muszę przyznać, że bigosik prawie jak u mamy, czyli godny polecenia. Później wycieczka na dolną płytę dworca gdzie czekał na mnie mój transport do mojego następnego celu – Sanoka. Wsiadłem, ułożyłem się i ruszyłem. Bieszczady bójcie się he, he….. Na razie pochłaniam się w książce i balladach rock-owych, ale jak zobaczę coś ciekawego to opiszę.

                Dziennik pokładowy kapitana Skrzata godzina 12: 50 he, he….. Zawsze to chciałem napisać. Aktualnie minąłem miasto Tarnów. Jeszcze dwie godziny podróży przede mną. Podróż ogólnie mi nie doskwiera, w około ładnie, mijamy pojedyncze domy stojące przy naszej drodze, a w oddali widać panoramy miast jak i zabarwionych głównie na zielono wzgórz i pagórków. Tą bielańską atmosferę pchaną przez Bon Joviego i jego Bad of Roses zakłóca dźwięk telefonu. Zdejmuję jedną słuchawkę i odbieram połączenie i moje uszy usłyszały monotonny jak robota głos pani dzwoniącej w sprawie kamerki, którą wczoraj zamówiłem. Fajnie pomyślałem, dbają o klienta, bo pani poinformowała mnie, że paczka jest już gotowa i dzisiaj będzie wysłana. Ale nagle ta sielanka przerodziła się w uśmiech na mej twarzy. Nagle miła pani robot informuje mnie, że jej szef zorganizował promocję dla swoich klientów ( o super) i czy nie chcę 10 kg super niemieckiego proszku za 34,50. Grzecznie podziękowałem i po zakończeniu rozmowy parsknąłem śmiechem. Akurat zajechaliśmy pod stacje gdzie stanęliśmy na 10 minut przerwy, ale już wracam na trasę. Najbliższy cel w dalszym ciągu Sanok.

                Przebudziłem się i spostrzegłem, że krajobraz się nieznacznie zmienił, wzniesienia stały się wyższe i bardziej pokryte drzewami jednak trawy ciągle przeważały. Jechaliśmy doliną pomiędzy tymi wzniesieniami a nad nami górowały ogromne trzy-ramienne stwory, które odstraszały swoją potęgą wiatr, okoliczni ludzie nazywali je wiatrakami he, he…. To było jakieś 40 km przed Sanokiem. Teraz siedzę na dworcu z zakupionym biletem na autobus do kolejnego a zarazem ostatniego miejsca mojej zmotoryzowanej podróży, czyli Krzywe koło Cisnej. A i mówię Wam nie jedzcie Cebulaków wcale nie są dobre.

                 Nagle przekroczyłem próg Bieszczad, co oznajmił mi wielki znak po prawej stronie drogi. Wszędzie pięknie, zielono tylko, że w Lesku gdzie jestem zaczął padać deszcz. Mam nadzieję, że w ciągu godziny, bo za tyle dotrę do Krzywego ten deszcz się uspokoi i mnie nie doleje, cóż zobaczymy.

                Mój autobus jechał po krętej drodze, która wiła się jak wąż i wspinała ku górze, aby potem podobnym krętym szlakiem opaść w dolinę gdzie leży miejscowość Krzywe. Tak, więc dojechałem. Wysiadłem na przystanku i nie wiedziałem gdzie się udać, bo nie było żadnego drogowskazu. Wybrałem jedyną drogę odbijającą z drogi głównej i nią ruszyłem z nadzieją, że to ta właściwa. Po 500 metrach ukazała mi się Stajnia Carpatica i Sosnowy Dwór, czyli miejsce docelowe.

                Zapukałem i otworzył mi właściciel a zarazem przodownik Piotr. Pogadaliśmy chwilę, ale bardzo zasmucił go fakt, że już brałem udział w rajdach, bo już szykowali dla mojej dupy deskę na chrzest bojowy. Potem zostałem zaprowadzony do pokoju gdzie spędzę pierwszy nocleg i powiem Wam pięknie tu a widok z balkonu jeszcze lepszy J. Postanowiłem zrobić sobie kanapkę i udać się na dół celem zwiedzenia tego przybytku :).

Ale zanim zszedłem na dół otworzyłem plecak i oczywiście bez przygód się nie obyło. Szampon, który wziąłem ze sobą nie wytrzymał presji otoczenia i wypłynął zalewając wszystkie przybory toaletowe, łącznie z ręcznikiem. Po umyciu wszystkiego udałem się na dół gdzie siedziała jakaś ekipa z pod Łodzi i Poznania. Zapytałem grzecznie czy mogę się dosiąść? Na moje pytanie odpowiedzieli uśmiechem i poczęstowali plackiem z rabarbarem. Gdy zająłem swoje miejsce rozpoczęła się dyskusja na wszelakie tematy. Począwszy od zabijania i jedzenia królików przez jazdę konną, na meczach piłki nożnej kończąc. Później moi towarzysze rozmów udali się do baru celem obejrzenia obgadanego meczu a ja widząc, że Piotr ( właściciel tego przybytku) ściąga konie z pastwiska pośpiesznie ubrałem buty i ruszyłem ku niemu z ofertą pomocy. Zanim jednak z niej skorzystał usiedliśmy przy jego ślicznym ciemno-drewnianym domu i zaczęliśmy sobie nawzajem opowiadać o naszych konnych przygodach i o spotkaniach z dzikimi zwierzętami. W międzyczasie pojawiła się gospodyni, która uraczyła mnie porcją przepysznego kapuśniaczku na mięsie. Później wraz z Piotrem udaliśmy się po konie, aby przeprowadzić je na drugie pastwisko. Dostałem jedną kobyłkę pod opiekę i razem powędrowaliśmy na drugą łąkę. Później rozstaliśmy się z właścicielem z umową pobudki o 7 rano i przygotowania koni do wyjazdu. A teraz zostałem sam w całym ośrodku, więc siedzę, piję herbatę i zabieram się za czytanie.

                Tak siedząc i na przemian słuchając muzyki oraz czytając zleciał mi czas do północy, o której to przyjechała reszta ekipy tak, więc przywitałem się i poszedłem spać.

 

C.D.N.




Podziel się z nami swoją opinią!

Wstecz